Kupujesz soczyste owoce, aromatyczne produkty mięsne i chłoniesz uroki kolorowych przypraw, gdy nagle słyszysz nadjeżdżający pociąg głośno trąbiący z daleka. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że przejeżdża on pośrodku ogromnego targowiska… Takie rzeczy można zobaczyć tylko w Tajlandii.

Na pierwszy rzut oka, wszystko wygląda tu normalnie. Pełno straganów, dużo ludzi, hałas i zgiełk. Tory pośrodku wyglądają jak dawno już nieużytkowany relikt z przeszłości. W końcu pociąg osobowy pośrodku targu z żywnością to rzecz tak niespotykana, że nieomal niemożliwa, ale nie na Maeklong Railway Food Market, 72 kilometry od Bangkoku. Nie jest to żadna iluzja, atrapa czy teatr wykreowany z myślą o turystach a zwykła codzienność. Sprzedawcy i kupujący są przyzwyczajeni a pędząca maszyna pośród straganów nie robi na nich żadnego wrażenia. Doskonale znając rozkład pociągów spokojnie acz szybko sprzątają swoje towary, nawet nie słysząc jeszcze ostrzegawczego ryku lokomotywy. Za to turyści z aparatami czekają na to dziwaczne zjawisko, które istnieje od dziesięcioleci. Ludzie chowają się i zwijają namioty osiem razy dziennie przez siedem dni w tygodniu. Wszystko odbywa się w błyskawicznym tempie. Zaledwie centymetr od torów leżą produkty spożywcze, ale pozostają nietknięte, bo wszystko jest tu precyzyjnie wyliczone. Trzeba jednak przyznać, że pociąg wygląda jak wielki taran, który miażdży wszystko na swojej drodze. Kiedy odjeżdża, Tajowie rozkładają namioty i handel kwitnie dalej. Tak po prostu.

Turyści uwielbiają to miejsce ze względu na różnorodność produktów, jakie można tu kupić i fenomenalny przejazd pociągu, ale będąc Maeklong Railway Food Market nie zapominajmy o ostrożności. W zasadzie w przeciągu ostatnich 50 lat istnienia targu zanotowano jedynie dwie ofiary śmiertelne ale jak to mówi przysłowie „strzeżonego….”.

Zdjęcia: Fabio Achilli i Sergi Hill